| Pojęcie jogi ciszy przyfrunęło do mnie, kiedy „wyskoczyłam za miasto”, żeby złapać oddech… Mam dwa konie, więc przebywanie z nimi jest moim „chlebem”, może nie codziennym, bo obecnie konie mieszkają 30 kilometrów ode mnie, ale stałym, wkomponowanym na dobre w moje życie. I nie każdy wyjazd do koni oznacza odpoczynek, relaks i inwestycję w siebie. Czasem zwożę im paszę, jadę wyczyścić, coś z nimi poćwiczyć. Ale TEGO dnia, poczułam, że coś mnie rozrywa od środka i potrzebuję resetu, oderwania, odpoczynku, powiewu świeżego powietrza. Wsiadłam w auto i usiadłam najpierw obok wybiegu, a potem już u nich... Konie na chwilę podeszły, powąchały, podotykały mnie i poszły do swoich zajęć, czyli opychania się sianem. Moja obecność była dla nich naturalna i czuły się swobodnie. A ja zaczęłam czuć powiew wiatru, dochodził do mnie zapach trawy i lekko spoconej sierści koni, zaczęłam słyszeć ptaki i szmer rozedrganych drzew. Oczy ukoiła zieleń. Oddech mi się unormowałam, poczułam, że „odpływam”. I nawet się chwilę zdrzemnęłam, a po przebudzeniu poczułam pełen relaks. Tym razem świadomie zamknęłam oczy i zaczęłam je (konie) słyszeć. Delikatny ruch kończyn, sapnięcia, przegryzanie siana, parsknięta, machnięcia ogonów, opędzających się od bzyczących much. Dawno nie miałam w sobie tak dużego poczucia obecności i wrażliwości każdego zmysłu. Konie przestały jeść, podeszły do mnie i tworzyliśmy pewnego rodzaju magiczny krąg. O! Jak mi było z nimi przepięknie! W ciągu prawie 2 godzin nie wypowiedziałam ani jednego słowa. Nie trajkotałam do koni, nie wołałam ich po imieniu. A mam poczucie, że porozumieliśmy się jak nigdy dotąd! I dla mnie była JOGA CISZY! 
|